wtorek, 8 lutego 2011

waga: 49,3 kg

dnia wczorajszego odmówiłam sobie jedzenia całkowicie. jedynie woda, sok jabłkowo-malinowy i cudowne uczucie pustki w żołądku. dzisiaj na śniadanie zjadłam jedynie pół grejpfruta i około 150 ml maślanki naturalnej, co na daną chwilę daje mi sto kalorii z hakiem i tak już pozostanie. wczoraj byłam godzinę biegać, zatrzymując się co pewien czas i wykonując ćwiczenia. dzisiaj planuję także pobiegać, nieco intensywniej niż wczoraj, lecz i tak było nieźle, skoro mam zakwasy na udach. czuję w sobie siłę. i postanowiłam jedną, jasną zasadę: "jeśli nie umiesz walczyć z jedzeniem, to po prostu nie jedz" i tego się trzymam. rysuję anorektyczki, swoje ideały, chude, kościste szkielety, to mi pomaga. piszę w pewnym sensie pamiętnik oraz jem minimum, tak jak było ustanowione. ten, drugi tydzień ferii, będzie przełomem w moim życiu. spędzę go aktywnie i mało jedząc. mam nadzieję zejść chociaż poniżej tych 48, do których ostatecznie dobijam, później zawalam i znowu jestem w punkcie wyjścia (50,4 kg, lub nawet i więcej). tym razem musi się to zmienić.

2 komentarze: